Troglodyci Monteskiusza

Czytając lub słuchając wypowiedzi niektórych obserwatorów, komentatorów, a także i uczestników aktualnego życia politycznego w Polsce, można czasem odnaleźć w ich  retoryce świadome odniesienie się do pojęcia Troglodyta. Używany przez nich termin nie jest w żaden sposób obojętny, ale wręcz przeciwnie, ma określić kogoś jako osobę prymitywną, o małej inteligencji, wręcz głupią. I w zasadzie są oni przy tym wierni temu, co tak naprawdę od dawna słowo Troglodyta miało oznaczać w języku greckim – „zanurzony w jaskiniach”, czyli dzikus mieszkający w grotach, człowiek nieokrzesany, po prostu jaskiniowiec. Opisywani zarówno przez historyków greckich (Herodot, Diodor Sycylijski, Strabon) jak i rzymskich (Pliniusz Starszy, Tacyt, Józef Flawiusz), Troglodyci mieli być ludem zamieszkującym północne wybrzeża Afryki, zwłaszcza w części wschodniej, nad Morzem Czerwonym, żyjącym w sposób dziki, wręcz pierwotny, tak, że nawet ich język, jak podaje Herodot, podobny miał być do „pisku nietoperzy”, a pożywienie stanowić węże i jaszczurki.

Nie chcąc wchodzić głębiej w rozważania antropologiczne, dobrze byłoby przypomnieć, iż tak naprawdę Troglodytów unieśmiertelnił w kulturze europejskiej, i to wiele lat po starożytnych historykach, choć w zupełnie inny sposób, słynny filozof francuskiego Oświecenia, Monteskiusz, w swojej powieści Listy perskie z 1721 roku. Ten epistolarny utwór, opisujący w formie fikcyjnych listów wrażenia i spostrzeżenia z podróży, jaką po Europie, a zwłaszcza Paryżu, odbywają w latach 1711-1720 dwaj perscy podróżnicy, Usbek i Rica, jest doskonałą okazją do podjęcia przez autora wielorakich problemów i zagadnień z różnych, ale jakże realnych dziedzin i obszarów, takich jak polityka, religia, historia, ekonomia, socjologia czy prawo, by wymienić tylko te najbardziej podstawowe. Owo sprzężenie literatury i rzeczywistości służy podstawowej koncepcji utworu Monteskiusza, gdzie fikcja ma pracować na rzecz uniwersalnych prawd, które – jak na oświeceniowego myśliciela przystało – chce on przekazać na użytek i z korzyścią dla współcześnie mu żyjących.

W powieści  składającej się ze 161 listów, historia Troglodytów pojawia się tylko, albo aż w czterech (listy XI-XIV), skutecznie zawieszając przy tym akcję samego utworu, kierując uwagę czytelnika na zupełnie inny temat, niż podróż do Europy dwóch perskich bohaterów oraz opis ich przygód i wrażeń. Autor całkowicie skupia się na przywołaniu i opisaniu dziejów Troglodytów, każąc wręcz zapomnieć na dłuższą chwilę czytelnikowi, co tak naprawdę jest fabułą epistolarnej powieści. Co więcej, Monteskiusz nie tylko przypomniał nam o ich istnieniu, ale też, jak zobaczymy poniżej, dopowiedział i znacznie rozszerzył znaną ze starożytnych przekazów historię dawnego ludu, wręcz uzupełniając ją o wyimaginowany obraz, którego nikt, prawdę mówiąc, by się nie spodziewał. Oddalił się znacząco od oryginału antycznych historyków, nadając dziejom Troglodytów nowego zabarwienia. Nie tylko podzielił ich historię na dwie różne diachronicznie części, ale też – a nawet przede wszystkim – zachęcił czytelnika do odkrywania oraz rozważania ich losów i czynów z moralnego punktu widzenia. Zgodnie z przesłaniem powieści, także i tutaj fikcja miała odegrać kapitalną rolę na rzecz przekazywanej prawdy, literacka fantazja stać się idealnym tworzywem dla całkiem konkretnych lekcji mądrości.

Już w pierwszym zdaniu, opisującym żyjący „w Arabii mały narodek, zwany Troglodytami” (wszystkie cytaty pochodzą ze znakomitego tłumaczenia „Listów perskich”, jakiego równo sto lat temu, w 1918 roku, dokonał Tadeusz Boy-Żeleński), wywodzący się „od owych dawnych Troglodytów, którzy, jeśli wierzyć dziejopisom, podobni byli do zwierząt niż do ludzi”, zauważyć można wyraźnie, że Monteskiusz przeskoczył znacząco w czasie historię opowiadaną przez Herodota czy Pliniusza Starszego. U niego opis Troglodytów rozpoczyna się chronologicznie znacznie później, kiedy „ci nie byli bynajmniej tak pokraczni, nie byli kosmaci jak niedźwiedzie, nie wydawali świstów miast mowy, mieli dwoje oczu”. Pisze więc o ludzie, który znacznie ewoluował w wyglądzie i obyczajach, nie mając już nic wspólnego z „zanurzeniem w jaskiniach” i „piskiem nietoperzy”, podobnie jak ze zjadaniem węży i jaszczurek. Monteskiusz nie ukrywa jednak, i w tym tkwi sedno jego pomysłu, że dawna brzydota fizyczna pierwotnych Troglodytów ustąpiła miejsca równie odrażającej brzydocie moralnej ich potomków, którzy „byli tak źli i okrutni, że nie istniały u nich żadne zasady sprawiedliwości ani cnoty”. To, co w starożytnych opisach dotyczyło szpetoty zewnętrznej, autor „Listów perskich” zręcznie przełożył na okropieństwo postaw i zachowań, które są tyle samo, a może nawet i bardziej odpychające, co szkaradność jaskiniowca. Ów turpistyczny ekwiwalent miał zwrócić uwagę czytelnika na historię ludu już cywilizowanego, który w potworności swojego postępowania nie różnił się wiele, wręcz wcale, od fizycznej monstrualności swoich przodków.

Dzieje odrażających moralnie Troglodytów to pasmo zła, podłości i niegodziwości. Monteskiusz opisuje je w krótkich scenkach, z których każda, na innym co prawda poziomie tematycznym, przedstawia dość podobny problem, co powoduje, że wszystkie te mikro-narracje zdają się ze sobą zlewać w jedną całość. Owa pozorna monotonia jest jednak świadomie zamierzona przez autora, który chce pokazać, że fundamentem niemoralnej i godnej potępienia postawy złych Troglodytów jest ich nieprawdopodobny wręcz egoizm, a przez to brak jakiejkolwiek więzi ludzkiej i społecznej. Zgładziwszy swojego króla, jego rodzinę i dworskich urzędników, pozbywszy się w ten sposób hamulców i zasad prawa, „lud ów szedł jedynie za swymi dzikimi instynktami. Orzekli, że teraz nie będą słuchali nikogo; każdy będzie strzegł jedynie swoich interesów, nie troszcząc się o cudze”. Wszystkie opisywane następnie sceny, w swej umoralniającej wymowie przypominające niekiedy ewangeliczne przypowieści, zmierzają do jednego – pokazać i potępić skrajną niewrażliwość na drugiego człowieka jako po(d)stawę zła i nikczemności. I tak na przykład jedni Troglodyci odmawiają drugim pożywienia, nieuchronnie skazując ich na śmierć, potem sami giną z głodu padając ofiarą następnych, którzy też nie chcą podzielić się z nimi swoimi zbiorami. Z kolei dwóch Troglodytów przepędza sąsiada, by zagarnąć jego dom i majątek, następnie jeden z owych złoczyńców zabija drugiego, by wszystko zagarnąć dla siebie, a potem sam pada ofiarą agresji ze strony dwóch innych, którzy go mordują. Dotknięci zaś kiedyś straszliwą chorobą Troglodyci posyłają po medyka, ale gdy ten przybył do nich, uleczył ich i ocalił przed niechybną śmiercią, odmawiają mu jednak należnej zapłaty. Wszystkie opisywane przykłady wynikają z jednego, przyjętego wcześniej przez każdego z Troglodytów egoistycznego postanowienia: „po co zamęczać się pracą dla ludzi, którzy mnie nic nie obchodzą? Będę myślał jedynie o sobie; będę żył szczęśliwie; co mi do tego, jak się innym będzie działo? Postaram się zaopatrzyć wszystkie me potrzeby; bylem to osiągnął, nie dbam, czy inni będą w nędzy”.

Monteskiusz nie kończy jednak swojej historii owym niepokojącym, by nie rzec przerażającym obrazem zła i podłości. Wprost przeciwnie, o ile ten zajmuje w powieści tylko jeden z czterech listów, trzy pozostałe poświęcone są, na zasadzie całkowitego kontrastu, dziejom dobrych Troglodytów, którzy mieli nastać na tych samych ziemiach. Pochodzili oni z dwóch jedynych ocalałych rodzin, które „uniknęły smutnego losu”, podczas gdy wszyscy inni  „zginęli mocą własnej niegodziwości i padli ofiarą własnych błędów”. Autor przedstawia historię dobrych Troglodytów na podobnej zasadzie, jak czynił to w stosunku do złych, czyli poprzez różnorodne sceny z ich życia, przeplatane niekiedy dialogami, choć siłą rzeczy jest ich więcej, a także mocniej kojarzą się one z ewangeliczną dobrocią przekazu moralnego. Wszystkie podporządkowane są centralnemu przesłaniu tej części powieści, według którego „korzyść pojedynczych ludzi mieści się zawsze w korzyści wspólnej”, czyli pochwale solidarności, zarówno w wymiarze ludzkim jak i społecznym, oraz koncepcji szczęścia człowieka jako pracy na rzecz dobra wszystkich. Monteskiusz wprowadza tutaj zasadnicze w swoim utworze pojęcie cnoty rozumianej jako moralna powinność człowieka względem innych, etyczna postawa współodpowiedzialności i wzajemnej uczciwości, płynący z serca imperatyw czynienia dobra wobec drugiego i całej wspólnoty. Dobrzy Troglodyci „uczyli, że cnota nie powinna nas nic kosztować; że nie trzeba patrzeć na nią jak na uciążliwą powinność i że świadcząc sprawiedliwość drugiemu, świadczymy dobrodziejstwo sobie”. Opisywane przez Monteskiusza liczne, wręcz sielankowe sceny z ich życia mają to potwierdzać. Wszyscy pracowali na roli „z zapałem dla wspólnej korzyści”, prowadząc „szczęśliwe i spokojne życie; ziemia, uprawiana cnotliwymi rękami, zdawała się rodzić sama”. Pomagali sobie nawzajem, wspierali się w wysiłkach i trudach, dzieląc się bez wahania owocami swojej wspólnej pracy i nikomu niczego nie zazdroszcząc –  „w tym szczęśliwym kraju chciwość była nieznana”. Tworzyli lud harmonijny, żyjący w zgodzie i wspólnym poszanowaniu wszystkich nawzajem, oparty na ludzkiej solidarności i miłości: „Naród Troglodytów uważał się za jedną rodzinę”.  Co ważne, nie zapominali  o swojej niechlubnej przeszłości. Wręcz odwrotnie, „stawiali przed oczy ten smutny przykład (…) nieprawości pierwszych Troglodytów i ich nieszczęścia”, starając się uczynić z ich dziejów lekcję mądrości dla siebie i przyszłych pokoleń, tak by błędy przodków jeszcze bardziej uczyły ich wszystkich „dawać i przyjmować serce”. Wzajemna i trwała solidarność nie tylko stała się podstawą ich życia, ale też gwarantem ich siły – zaatakowani przez zazdrosne, „sąsiednie ludy”, które chciały spustoszyć ich ziemie i zagarnąć wypracowane przez nich uczciwą pracą bogactwa, Troglodyci mężnie odpierają atak wroga, zwycięsko wychodząc z tej „walki pomiędzy nieprawością i cnotą”.

Tę piękną historię autor zdaje się jednak zaburzyć w ostatnim liście. Ponieważ ich „naród wzrastał z każdym dniem”, Troglodyci postanowili pewnego dnia obrać spośród siebie swojego króla. Ich wybór padł na najsprawiedliwszego według nich, „starca czcigodnego wiekiem i cnotą”. O ile sama desygnacja wydaje się jak najbardziej słuszna, wręcz naturalna, to reakcja sędziwego Troglodyty na jej wieść może zaskakiwać i dziwić. Nie tylko, że „z sercem ściśniętym od smutku” i szlochając „strumieniem łez” nie chce on przyjąć proponowanej mu funkcji, ale w samym pomyśle swoich współbraci dostrzega wielkie zło i groźbę nieprawości: „Widzę, o Troglodyci! cnota poczyna wam ciężyć. Póki żyliście jak dotąd, nie mając nad sobą głowy, trzeba wam było trwać w zacności, choćby nawet wbrew chęci (…). Ale to jarzmo zda się wam zbyt twarde; wolicie być podwładni księciu i podlegać jego prawom, łagodniejszym niż wasz obyczaj”. Lekcja, jaką przekazuje nam Monteskiusz jest nader czytelna, pomimo początkowego niezrozumienia przez nas postawy starego Troglodyty. Cnota jest powinnością, której trzeba wymagać od samego siebie. Stanowi wartość zadaną a nie daną – nikt w jej praktykowaniu nas nie zastąpi, tak jak i też narzucić jej nam nie może, gdyż ma ona wypływać z nas samych. Cnota to misja, natomiast wyszukanie sobie monarchy równałoby się dobrowolnemu zwolnieniu z wewnętrznej potrzeby i moralnej powinności, praktykowaniu dobra tylko dlatego, bo ktoś od nas tego wymaga, a nie z samego przekonania, że jest to nasz inherentny obowiązek wobec drugiego człowieka i wspólnoty. Starzec przekazuje tę prawdę bardzo wyraźnie: „Jak to może być, abym ja rozkazał cokolwiek Troglodycie? Żądacie, aby pełnił zacne uczynki dlatego, że ja mu nakażę, on, który pełnił by je tak samo beze mnie, z samej swej natury?”. Co gorsza, zaniedbywanie cnoty, nieustającej troski o nią i koniecznej pielęgnacji, musi – według sędziwego Troglodyty – nieuchronnie prowadzić do osłabienia poczucia obowiązku wobec siebie i innych, rozluźnienia więzi ludzkich i społecznych, a w konsekwencji do moralnej deprawacji. Tutaj też  jego przekaz jest wyraźny i jednoznaczny: „Wiecie, że wówczas będziecie mogli folgować ambicji, gromadzić bogactwa i gnuśnieć w rozkoszy i że byleście się strzegli wielkich zbrodni, obejdziecie się snadno bez cnoty”.

I na tym wątku Monteskiusz urywa nieoczekiwanie swoją historię Troglodytów, nie pisząc dalej, czy posłuchali oni dobrej rady swojego niedoszłego króla i cofnęli się w swym niebezpiecznym pomyśle, czy wręcz odwrotnie, nie wyciągnęli jednak lekcji z przeszłości i poszli drogą życia „pod innym jarzmem niż jarzmo cnoty”, co mogło tylko doprowadzić ich do moralnego upadku i powrotu do „nieszczęścia praojców”. Czytelnik może się tutaj zastanawiać, domyślać, zgadywać, ale jednego jest pewien – w czterech niedługich listach opisujących dzieje Troglodytów, otrzymał od Monteskiusza znakomitą lekcję mądrości o człowieku i społeczeństwie. Lekcję, według której wszelki egoizm, ludzki i społeczny, jest odrażający, tak jak kiedyś była taką zewnętrzna powłoka Troglodytów, i że musi on ustąpić miejsca solidarności człowieka, ale ta z kolei nie jest łatwa i powinna być przedmiotem jego ciągłej i uważnej troski, inaczej łatwo ją zagubić i utracić. Lekcja to uniwersalna, przekraczająca czas i przestrzeń, aktualna także tu i teraz.

 


Tytuł: Troglodyci Monteskiusza (pdf)


Autor: prof. dr hab. Paweł Matyaszewski

– profesor zwyczajny, Kierownik Katedry Kultur i Literatur Romańskich Instytutu Filologii Romańskiej KUL, literaturoznawca, specjalista historii myśli i literatury francuskiego oświecenia. Autor książki: Podróż Monteskiusza. Biografia przestrzenna, Lublin, Wydawnictwo KUL, 2011

Zdjęcie „Listów perskich” – dzięki uprzejmości antykwariatu Derubeis.pl